Piąty dzień naszego pobytu w Livigno był spokojniejszy. Po poprzedniej trasie byliśmy już mocno zmęczeni, więc tym razem wybraliśmy łagodniejszy kierunek w stronę Forcoli i Alpe Vago.

Na początku jechaliśmy wygodnymi ścieżkami pieszo-rowerowymi. Był asfalt, rzeka obok, góry dookoła i ten moment, kiedy myślisz w końcu odpoczynek. Oczywiście tylko do czasu, bo w górach nawet odpoczynek potrafi mieć kamienie pod kołami.

Im dalej jechaliśmy, tym częściej pojawiały się szutry i kamieniste fragmenty. Nie była to trasa bardzo trudna, ale po poprzednim dniu nogi i ręce czuły każdy podjazd. Zwłaszcza że po kamieniach rower sam się nie prowadzi. E-bike pomaga, ale cudów nie robi. Kto wymyślił kamienie na podjazdach, ten chyba nigdy nie miał zakwasów.
Największą atrakcją po drodze był świstak. Siedział między kamieniami przy swojej norce. Kiedy podeszłam bliżej, zaczął tak głośno świszczeć, że aż mnie prawie poraziło po uszach. Zdjęcie może wygląda spokojnie, ale dźwięk był konkretny.

Po drodze mijaliśmy też konie, osły i krowy. Było zielono, spokojnie i bardzo alpejsko. W pewnym momencie pojawiły się komunikaty na telefonie, więc chyba zahaczyliśmy już o okolice Szwajcarii. Granica jest tam tak blisko, że telefon szybciej od nas wiedział, gdzie jesteśmy.

Trasa zrobiła się pętlą, z kamienistym wjazdem pod górę i późniejszym zjazdem w dół w stronę Livigno. Po wcześniejszych dniach była to jedna z łagodniejszych wycieczek, ale nadal nie nazwałabym jej zwykłym spacerkiem. Ale ogólnie to taka przyjemna rodzinna taska z małymi dziećmi można się na nią spokojnie wybrać.

Po powrocie do hotelu zrobiliśmy sobie godzinę odpoczynku. Dopiero później wyszliśmy jeszcze na spacer po Livigno, zakupy z pamiątkami i kolację.