CZWARTY DZIEŃ W LIVIGNO. WIELKA PĘTLA PRZEZ PASSO ALPISELLA, SAN GIACOMO, CANCANO I PASSO TRELA

Czwarty dzień naszego pobytu w Livigno okazał się najbardziej wymagający. Tego dnia przejechaliśmy około 50 kilometrów górskimi trasami i pokonaliśmy ponad 1200 metrów przewyższenia. To zupełnie co innego niż 50 kilometrów po płaskim terenie.

Wieczorem nie miałam już siły ani na planowanie kolejnej trasy, ani na napisanie wpisu na bloga. Wystarczył prysznic, kolacja i łóżko.

Plan na ten dzień był taki.

Z Livigno chcieliśmy pojechać przez Passo Alpisella, nad jezioro San Giacomo i jezioro Cancano, a później do Val Mora. Powrót planowaliśmy tą samą drogą przez Alpisellę.

Już początek trasy pokazał, że będzie to piękny dzień. Wjeżdżając na Passo Alpisella mijaliśmy niewielkie górskie jeziorka. Widoki były bardzo ładne, a dodatkową atrakcją okazała się kozica. Najpierw przebiegła przez drogę kawałek przed nami, a chwilę później obserwowaliśmy ją już na zboczu.

Po przejechaniu Passo Alpisella rozpoczęliśmy długi zjazd w kierunku Lago di San Giacomo. To był ten odcinek, na którym najbardziej odczułam hamowanie. Pod koniec zjazdu bolała mnie prawa ręka przy kciuku, bo cały czas trzeba było kontrolować prędkość.

Tam czekała nas niespodzianka. Trasa do Val Mora, którą planowaliśmy jechać po zobaczeniu jezior San Giacomo i Cancano, była zamknięta. Na miejscu stały znaki, siatki i ‚,niby” trwały prace.

Pojechaliśmy więc dalej w kierunku jeziora Cancano. Tam zatrzymaliśmy się na kawę i panini.

Wcześniej mieliśmy przygotowany plan skoro przejazd do Val Mora był zamknięty, zdecydowaliśmy się wracać przez Alpe Trela i Passo Trela.

Stwierdziliśmy, że skoro podjazd trasą 138 był taki stromy, to zjazd tą samą drogą też nie będzie należał do przyjemnych. Lepiej było zobaczyć coś nowego. Najwyżej trzeba będzie gdzieś kawałek poprowadzić rower.

Od tego momentu skończyły się łatwe ścieżki. Szlak zrobił się kamienisty, miejscami wąski i nierówny. Kilka razy trzeba było prowadzić rower. Na zdjęciach wygląda to dość łagodnie, ale w rzeczywistości było znacznie trudniej.

W okolicach Alpe Trela kilka razy słyszeliśmy świstaki. Widzieliśmy je również z daleka, ale były zbyt szybkie, żeby zrobić zdjęcie.

Dalej trasa prowadziła w stronę Passo Trela. Dotarliśmy do tabliczki 2295 m, więc oczywiście musiało być zdjęcie. Po tylu kilometrach i podjazdach taki punkt na trasie cieszy podwójnie.

Samo dotarcie do Passo Trela nie było jednak końcem atrakcji. Po drodze trafiliśmy na kilka odcinków, które okazały się znacznie trudniejsze, niż wyglądało to na zdjęciach. Były kamienie, nierówności i zerwane fragmenty szlaku. W kilku miejscach trzeba było mocno uważać, a czasami łatwiej było zejść z roweru i przeprowadzić go kawałek niż ryzykować upadek.

Na zdjęciach takie miejsca wyglądają dość niewinnie, ale w rzeczywistości nachylenie i luźne kamienie robiły swoje. To był jeden z tych odcinków, które przypominają, że jazda po górach to nie tylko piękne widoki.

Po drodze trafiliśmy również na zalegający jeszcze śnieg. Widok śnieżnego mostu nad potokiem w połowie czerwca był dla nas sporym zaskoczeniem.

Najbardziej podobał mi się jednak końcowy odcinek przed Livigno. Po kamienistych ścieżkach i górskich przełęczach wjechaliśmy do lasu. Trasa była pokryta ziemią i igliwiem, jechało się bardzo przyjemnie, a wokół panował spokój.

To była taka nagroda na koniec dnia.

Po powrocie do hotelu szybko okazało się, że te 50 kilometrów po górach dało nam bardziej w kość niż niejedna dłuższa wycieczka na nizinach. Najpierw prysznic, później kolacja, a na końcu łóżko. Na planowanie kolejnych tras i pisanie bloga zwyczajnie zabrakło już sił.

To był zdecydowanie najtrudniejszy dzień naszego pobytu w Livigno. Były piękne widoki, kamieniste ścieżki, trochę prowadzenia roweru i ponad 50 kilometrów jazdy po górach. To nie było 50 kilometrów jak w Puszczy Niepołomickiej.

Dodaj komentarz