Etna – nasz pierwszy wulkan

Kiedy lecieliśmy na Sycylię, nie spodziewaliśmy się, że pierwszym wspomnieniem z tej podróży będzie właśnie Etna.

Jeszcze przed lądowaniem na Sycylii pilot poinformował pasażerów, że po prawej stronie samolotu będzie widoczna Etna. Pamiętam, jak wiele osób od razu zaczęło wyglądać przez okna. My również. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy wulkanu na żywo, więc już wtedy pojawiła się ekscytacja. Patrząc z góry, trudno było uwierzyć, że za kilka dni będziemy spacerować po jego zboczach.

Etna od początku była jednym z miejsc, które najbardziej chcieliśmy zobaczyć podczas pobytu na Sycylii. Nie mieliśmy wcześniej okazji odwiedzić żadnego wulkanu, dlatego trudno było sobie wyobrazić, czego właściwie się spodziewać. Zdjęcia oglądane w internecie to jedno, a możliwość zobaczenia takiego miejsca na własne oczy to zupełnie co innego.

Kilka dni później ruszyliśmy z Syrakuz w kierunku południowych zboczy wulkanu. Im bliżej byliśmy celu, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Z czasem zniknęły charakterystyczne dla Sycylii widoki, a wokół zaczęły pojawiać się rozległe pola zastygłej lawy porośniętej pojedynczymi roślinami. Już sama droga dawała poczucie, że jedziemy w zupełnie inne miejsce niż wszystkie, które odwiedziliśmy wcześniej.

Po dotarciu do Rifugio Sapienza bez problemu znaleźliśmy miejsce na dużym parkingu. Pogoda była przyjemna. Nie było zimno, a wiatr nie dawał się jeszcze we znaki. Patrząc wokół trudno było uwierzyć, że znajdujemy się na zboczach czynnego wulkanu.

Największe wrażenie zrobił na mnie jednak nie sam fakt, że jesteśmy na Etnie. Nie był to także śnieg, którego wbrew naszym wyobrażeniom nie było wcale tak dużo. Leżał głównie na zacienionych zboczach kraterów i przypominał raczej pozostałości po zimie niż prawdziwie zimowy krajobraz.

Dopiero będąc na miejscu zrozumieliśmy, jak ogromna jest Etna. Zdjęcia pokazują krajobraz, ale nie są w stanie oddać przestrzeni ani skali tego miejsca. Z jednej strony widać było stożki kraterów, z drugiej rozległe pola lawy ciągnące się aż po horyzont.

Co jakiś czas zatrzymywaliśmy się po prostu po to, żeby rozejrzeć się dookoła. Im dłużej tam byliśmy, tym bardziej docierało do nas, jak niezwykłe jest to miejsce. Nie codziennie spaceruje się po zboczach czynnego wulkanu i obserwuje krajobraz tak różny od wszystkiego, co widzieliśmy wcześniej na Sycylii.

Najbardziej zapamiętałam krajobraz.

Czarna zastygła lawa, pył pod nogami i rozległe przestrzenie sprawiały wrażenie, jakbyśmy znaleźli się na Księżycu. Sycylia kojarzyła mi się wcześniej z morzem, zabytkowymi miastami i włoskimi uliczkami. Tymczasem tutaj otaczał nas surowy świat lawy, kraterów i niemal pustych przestrzeni.

To właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że określenie „księżycowy krajobraz” wcale nie jest przesadzone. Patrząc na czarne zbocza, stożki kraterów i rozległe pola lawy, łatwo było zapomnieć, że wciąż jesteśmy na słonecznej Sycylii.

Do dziś, kiedy myślę o Etnie, nie przypominam sobie najpierw kolejki, parkingu czy konkretnych punktów na trasie. Przed oczami mam przede wszystkim ten niezwykły krajobraz. To właśnie on sprawił, że nasza pierwsza wizyta na wulkanie okazała się jednym z najbardziej pamiętnych momentów całego wyjazdu na Sycylię.

Dodaj komentarz