
Lecąc na Islandię we wrześniu, po cichu liczyliśmy na to, że uda nam się zobaczyć zorzę polarną. Wiedzieliśmy jednak, że to nie jest coś, co można sobie po prostu zaplanować. Potrzebne jest trochę szczęścia, odpowiednia pogoda i odrobina cierpliwości.
Pierwszy raz próbowaliśmy wypatrzyć zorzę podczas pobytu w Ólafsvíku. Według prognoz miała się pojawić, więc co jakiś czas spoglądaliśmy w niebo. Gołym okiem nie widziałam właściwie niczego szczególnego, tylko jasne smugi przypominające cienkie chmury.
Dopiero gdy zrobiliśmy zdjęcie telefonem, okazało się, że na niebie dzieje się coś więcej. Na fotografii pojawiły się delikatne zarysy zorzy. Nie byliśmy zaskoczeni bo czytaliśmy trochę na ten temat, ale jakoś w to nie wierzyłam za bardzo. Wtedy po raz pierwszy przekonaliśmy się, że aparat potrafi pokazać znacznie więcej niż widać gołym okiem.

Tak wyglądało niebo, gdy patrzyliśmy na nie gołym okiem. Gdyby nie prognozy i ciekawość, pewnie nawet nie pomyślelibyśmy, że nad nami pojawiła się zorza polarna.

To samo miejsce i niemal ten sam moment. Odpowiednie ustawienia aparatu ujawniły zielone światła, których wcześniej nie dostrzegaliśmy.
To wystarczyło, żeby następnego wieczoru potraktować sprawę znacznie poważniej. Sprawdziliśmy prognozy, aplikację do obserwacji zorzy i o wyznaczonej godzinie byliśmy gotowi do obserwacji nieba, mając nadzieję, że tym razem uda nam się zobaczyć ją wyraźniej.
Najpierw znów było ją lepiej widać na zdjęciach niż na żywo. Co jakiś czas robiliśmy kolejne fotografie i filmy, sprawdzając, czy zielone smugi nadal są na niebie. Później zorza zaczęła się nasilać. W końcu mogliśmy już bez problemu wskazać miejsce, w którym się pojawiła.

Nie wyglądała jednak tak jak na pocztówkach i zdjęciach z internetu. Nie było intensywnie zielonej kurtyny zajmującej pół nieba. Na żywo wszystko było bardziej subtelne, delikatniejsze. Mniej spektakularne niż na fotografiach, ale jednocześnie j prawdziwe.
Pamiętam naszą ekscytację za każdym razem, gdy aparat pokazywał kolejne zielone smugi. Co chwilę robiliśmy następne zdjęcia i sprawdzaliśmy, czy zjawisko się rozwija. To trochę przypominało polowanie na coś bardzo ulotnego.
Najmocniej utkwiły mi w pamięci nie same zdjęcia, ale emocje, które temu towarzyszyły. Oczekiwanie, wypatrywanie nieba i radość, gdy w końcu udało się zobaczyć zorzę na własne oczy.
Być może przy silniejszej aktywności zorza wygląda znacznie bardziej spektakularnie również bez pomocy aparatu. My zobaczyliśmy ją właśnie taką delikatną, momentami ledwie widoczną, ale przez to nie mniej fascynującą.
Czy zobaczyliśmy dokładnie taką zorzę, jaką pokazują na pocztówkach i w mediach społecznościowych? Nie.
Czy było warto na nią czekać? Zdecydowanie tak.