Czerwone Wierchy z Kir. Ciemniak, Krzesanica i Małołączniak z zejściem Kobylarzowym Żlebem

Czerwone Wierchy były jedną z tras, które chcieliśmy zrobić tego lata w Tatrach. Planowaliśmy wejść z Kir na Ciemniak, przejść przez Krzesanicę, Małołączniak i Kopę Kondracką, a później zejść w dół.

Ostatecznie plan trzeba było trochę zmienić.

Wyszło nam 19,3 km, około 1425 m podejścia i 8 godzin 40 minut w trasie. Przeszliśmy przez trzy dwutysięczniki, a najbardziej w pamięć zapadło mi nie wejście na któryś z nich, tylko zejście.

Z KIR NA CZERWONE WIERCHY

Nie zaczynaliśmy tej wycieczki o szóstej rano. Dojeżdżaliśmy z okolic Krakowa i chcieliśmy się też normalnie wyspać.

Przed dziewiątą byliśmy na miejscu, znaleźliśmy miejsce na parkingu i o 8:46 ruszyliśmy na szlak.

Pierwszym celem był Ciemniak, 2096 m n.p.m.

Podejście jest długie, a wysokość zdobywa się stopniowo. Im wyżej, tym teren staje się bardziej otwarty. Znikają drzewa, pojawia się coraz więcej skał, kamieni i rozległych górskich zboczy

Czerwone Wierchy są piękne na swój sposób, ale nie będę pisać, że była to najpiękniejsza trasa, jaką kiedykolwiek przeszłam. Są dość surowe. Dużo otwartej przestrzeni, trawiastych zboczy, kamieni i skał. Byliśmy już w górach w miejscach, które zrobiły na mnie większe wrażenie.

Tutaj bardziej niż pojedyncze miejsca zapamiętałam samą długą wędrówkę wysoko w górach.

Z Ciemniaka ruszyliśmy w stronę Krzesanicy, 2122 m n.p.m., najwyższego szczytu Czerwonych Wierchów, a następnie na Małołączniak, 2096 m n.p.m.

Co ciekawe, podczas przejścia Czerwonych Wierchów właściwie nie miałam poczucia, że zdobywamy kolejne dwutysięczniki. Nie było charakterystycznych słupków z nazwą i wysokością, przy których zatrzymuje się człowiek i od razu wie: jestem na szczycie.

Przejście Ciemniaka, Krzesanicy i Małołączniaka było dla mnie raczej jedną długą wędrówką grzbietem. Kolejne wzniesienia przechodziły jedno w drugie i nie było tego wyraźnego momentu: weszliśmy, szczyt zdobyty, teraz schodzimy i idziemy na następny.

I może właśnie dlatego te trzy szczyty zapamiętałam bardziej jako całość niż trzy oddzielne cele.

ZMIANA PLANU I ZEJŚCIE KOBYLARZOWYM ŻLEBEM

Pierwotnie planowaliśmy przejść jeszcze przez Kopę Kondracką.

Nie byłby to jednak dla nas nowy szczyt. Na Kopie Kondrackiej byliśmy już kilkanaście lat wcześniej i wtedy właściwie na niej zakończyła się nasza przygoda z Czerwonymi Wierchami. Tym razem chcieliśmy połączyć ją z pozostałymi szczytami i przejść cały grzbiet.

Po drodze pojawił się jednak ból ścięgna. Uznaliśmy, że nie ma sensu za wszelką cenę trzymać się pierwotnego planu i dokładać kolejnych kilometrów.

Z Małołączniaka zdecydowaliśmy się więc zejść przez Kobylarzowy Żleb.

Wydawało się, że skoro rezygnujemy z dalszego przejścia grzbietem i zaczynamy schodzić, najtrudniejszą część dnia mamy już za sobą.

Jak się okazało, niekoniecznie.

To właśnie zejście było dla mnie chyba najtrudniejszą częścią całej trasy.

Kobylarzowy Żleb ma zupełnie inny charakter niż otwarte przestrzenie Czerwonych Wierchów. Robi się stromo, jest dużo skał i trzeba znacznie uważniej stawiać nogi. Do tego mieliśmy już za sobą kilka godzin marszu.

I właśnie podczas tego zejścia zaczęłam pierwszy raz poważniej myśleć o kijkach trekkingowych.

Nie mieliśmy ich.

Wtedy właściwie ich nie uznawaliśmy. Skoro chodziliśmy po górach bez kijków i jakoś sobie radziliśmy, nie widzieliśmy większego powodu, żeby zacząć je ze sobą nosić.

Kobylarzowy Żleb trochę zweryfikował to podejście.

Nogi zaczęły mnie boleć już podczas schodzenia. I zdecydowanie nie skończyło się to wraz z dotarciem do samochodu. Przez kolejne trzy dni porządnie czułam tę trasę w nogach.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że za trzy tygodnie będę wchodziła na Pico na Azorach. Tam kijki już ze mną były i dopiero wtedy przekonałam się, jak dużą różnicę potrafią zrobić, szczególnie podczas zejścia.

Ale Pico zasługuje na swoją własną historię.

Po Kobylarzowym Żlebie zeszliśmy w stronę Przysłopu Miętusiego, a później ruszyliśmy w kierunku Gronika.

Najwyższe partie gór zostały za nami, ale wycieczka jeszcze się nie skończyła. Nogi miałam już mocno zmęczone i zwyczajnie chciałam dojść do końca.

Z Kobylarzowego Żlebu nie mam nawet zdjęć. Wtedy zdecydowanie bardziej zajmowało mnie zejście niż wyciąganie telefonu.

Ostatecznie cała trasa zajęła nam 8 godzin 40 minut.

CZERWONE WIERCHY – NASZA TRASA W PRAKTYCE

Kiry → Ciemniak → Krzesanica → Małołączniak → Kobylarzowy Żleb → Przysłop Miętusi → Gronik

Dystans: 19,3 km
Suma podejść: około 1425 m
Czas: 8 godz. 40 min
Start: 8:46
Najwyższy punkt: Krzesanica, 2122 m n.p.m.
Dwutysięczniki na trasie: Ciemniak, Krzesanica i Małołączniak

Pierwotnie trasa miała prowadzić jeszcze przez Kopę Kondracką. Zmieniliśmy ją już podczas wędrówki ze względu na ból ścięgna.

CZY WARTO IŚĆ NA CZERWONE WIERCHY?

Tak, chociaż nie będę przekonywać, że jest to najpiękniejsza trasa, jaką przeszłam.

W naszym przypadku samo przejście przez Ciemniak, Krzesanicę i Małołączniak nie było dla mnie najtrudniejsze. Bardziej dała mi się we znaki długość całej wycieczki, a przede wszystkim zejście Kobylarzowym Żlebem.

Prawie 20 kilometrów i około 1400 metrów podejścia robi swoje. Nawet jeżeli poszczególne fragmenty nie wydają się bardzo trudne, po kilku godzinach zmęczenie zaczyna się kumulować.

Dzisiaj na taką trasę zabrałabym już kijki trekkingowe. Nie dlatego, że bez nich nie da się jej przejść. My przeszliśmy bez. Po prostu po tym zejściu zrozumiałam, że dodatkowe podparcie i odciążenie nóg przy długim schodzeniu może być bardzo przydatne.

Czerwone Wierchy są rozległe, otwarte i dość surowe. Dużo tutaj skał, kamieni, trawiastych zboczy i szerokich górskich przestrzeni. Można podczas jednego dnia przejść przez kilka dwutysięczników i przez sporą część trasy pozostać wysoko w górach.

Ja mam jednak na swojej liście miejsca, które zrobiły na mnie większe wrażenie.

Tę trasę zapamiętałam z innych powodów.

Po pierwsze dlatego, że zejście okazało się dla mnie trudniejsze niż wejście. Po drugie dlatego, że właśnie tutaj zaczęłam zmieniać zdanie o kijkach trekkingowych. A po trzecie dlatego, że kolejny raz przekonaliśmy się, że w górach nie trzeba za wszelką cenę realizować planu do ostatniego punktu.

Kopę Kondracką znaliśmy już z wcześniejszej wycieczki, więc nie mieliśmy poczucia, że musimy ją tego dnia za wszelką cenę „zaliczyć”.

Skomentuj