Grindavík. Miejsce, które przypomina o sile natury.

W ostatnim dniu naszej podróży po Islandii plan był ambitny. Chcieliśmy zobaczyć Grindavík, nowe pola lawowe, a jeśli czas pozwoli, podejść również w okolice wulkanu. Rzeczywistość szybko zweryfikowała te plany. Po wyjeździe z Olafsvíku zrezygnowaliśmy z dwóch dodatkowych wodospadów, które mieliśmy jeszcze na liście, bo zabrakłoby nam czasu. Zatrzymaliśmy się w Reykjavíku, później wybraliśmy się do Reykjadalur, a naszym celem było jeszcze zobaczenie Grindavíku i okolic wulkanu. Szybko stało się jednak jasne, że na wędrówkę na wulkan zwyczajnie zabraknie czasu.

Postanowiliśmy więc przejechać przez okolice Grindavíku i zobaczyć skutki erupcji z bliska.

Kiedy dojeżdżaliśmy do Grindavíku, od razu było widać, jak wielkie zmiany zaszły tu w ostatnich latach. Po obu stronach drogi rozciągały się ogromne pola zastygłej lawy.

Zatrzymaliśmy się przy jednym z miejsc, gdzie można było podejść bliżej. Dopiero wtedy zobaczyliśmy skalę tego, co wydarzyło się tutaj podczas erupcji. Obok nowej drogi leżały ogromne masy zastygłej lawy. W niektórych miejscach było widać, gdzie przebiegała dawna trasa. Dziś kończy się ona przy czarnej ścianie lawy.

Mimo deszczu i silnego wiatru zatrzymywało się tam wielu turystów. Wszyscy robili zdjęcia, ale panowała raczej zaduma niż atmosfera typowej atrakcji turystycznej.

Padał deszcz, a czarna lawa wyglądała jeszcze bardziej surowo, niż się spodziewałam.

W samym Grindavíku natknęliśmy się na tablice pokazujące fotografie wykonane podczas erupcji i w pierwszych tygodniach po niej. Dopiero wtedy można było sobie uświadomić, jak wyglądały wydarzenia, o których wcześniej słyszało się jedynie w wiadomościach.

Na jednym zdjęciu lawa przelewała się przez drogę niczym rzeka. Na innym płonęły domy. Były też fotografie pokazujące pęknięcia w ziemi, które pojawiły się w środku osiedli mieszkaniowych.

Patrząc na te fotografie, trudno było połączyć je z miejscem, które oglądaliśmy kilka minut wcześniej. Dziś widać tu nowe drogi i zastygłą lawę, ale zdjęcia przypominają, jak dramatyczne były tamte wydarzenia.

Szczególne wrażenie zrobiły na mnie zdjęcia pokazujące pęknięcia w ziemi oraz działania służb ratunkowych. To były obrazy, które przypominały, że za wszystkimi nagłówkami w mediach kryją się prawdziwe miejsca i prawdziwe wydarzenia.

Nie udało nam się wejść na wulkan. Został więc na liście miejsc, dla których kiedyś warto wrócić na Islandię.

Mimo to wizyta w Grindavíku była jednym z najbardziej poruszających momentów całej podróży. Pokazała, że Islandia to nie tylko wodospady, lodowce i piękne widoki. To także miejsce, gdzie natura wciąż przypomina człowiekowi, kto naprawdę rządzi na tej wyspie.

To był jeden z ostatnich przystanków podczas naszej pięciodniowej podróży po Islandii.

Dodaj komentarz