Po pierwszym dniu wiedzieliśmy już trochę lepiej, czego szukamy. Chcieliśmy jeździć po szerokich szutrowych drogach prowadzących przez góry, podziwiać widoki i czerpać przyjemność z jazdy, a nie walczyć z technicznymi trasami MTB.
Dlatego tym razem wybraliśmy Val Federia.

Z hotelu w Saroch przejechaliśmy przez Livigno i ruszyliśmy w stronę doliny. Już od pierwszych kilometrów było wiadomo, że to był dobry wybór. Szeroka szutrowa droga prowadziła wzdłuż potoku, a wokół rozciągały się coraz piękniejsze alpejskie krajobrazy.

Co chwilę zatrzymywaliśmy się, żeby zrobić zdjęcie albo po prostu nacieszyć oczy widokami. W takich miejscach trudno jechać szybko.

Im dalej wjeżdżaliśmy w dolinę, tym bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że właśnie takich tras szukaliśmy w Livigno. Bez samochodów, bez tłumów i bez stresu.

Po pewnym czasie dotarliśmy do Alpe Federia.
To niewielkie miejsce położone w samym sercu gór, gdzie wielu rowerzystów robi sobie przerwę przed dalszą drogą. My również zatrzymaliśmy się na kawę.

Początkowo plan był prosty. Dojechać do Alpe Federia, odpocząć i wracać.
Ale kiedy siedzi się w takim miejscu, a przed sobą ma kolejne górskie drogi i szczyty, trudno powiedzieć sobie „wystarczy”.
Postanowiliśmy więc pojechać jeszcze trochę dalej.
Droga nadal była piękna. Wysokie góry, zielone łąki i coraz bardziej surowy krajobraz sprawiały, że nie chciało się zawracać.

Dopiero wtedy trasa zaczęła się zmieniać. Pojawiło się więcej kamieni, a podjazd stawał się coraz bardziej stromy.
Dojechaliśmy do miejsca, w którym dalsza droga wyglądała już znacznie bardziej wymagająco.
Widzieliśmy rowerzystów zjeżdżających jeszcze trudniejszymi trasami, ale szybko doszliśmy do wniosku, że na razie nie jest to poziom dla nas.
I wiecie co? Wcale nie mieliśmy poczucia porażki. Przeciwnie.
Byliśmy już po świetnej wycieczce, zobaczyliśmy niesamowite miejsca i nie było potrzeby udowadniać czegokolwiek sobie ani innym.
Powrót okazał się równie przyjemny jak podjazd.

W drodze powrotnej udało nam się zobaczyć kilka świstaków. Niestety były szybsze od naszych aparatów i nie mamy ani jednego zdjęcia.
Nieco niżej spotkaliśmy również spokojnie pasące się krowy, które wydawały się zupełnie nie przejmować rowerzystami.

Jednym z najładniejszych widoków podczas powrotu był niewielki kościółek położony pośród alpejskich łąk. W otoczeniu gór wyglądał jak fragment pocztówki.

Jeżeli dopiero zaczynacie przygodę z MTB lub jeździcie na e-bike’ach głównie turystycznie, Val Federia jest miejscem, które zdecydowanie warto odwiedzić.
Dla nas był to jak dotąd najpiękniejszy dzień na rowerach w Livigno. Nie chodziło o pokonane kilometry ani wysokość. Chodziło o widoki, atmosferę i przyjemność z jazdy rowerem w samym sercu Alp.