Po wyjechaniu kolejką znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie.
Nie mieliśmy żadnej mapy, nie pamiętam też wyraźnych drogowskazów czy oznaczonych szlaków. Wokół rozciągał się surowy krajobraz lawy, kratery, grupy turystów z przewodnikami
i autobusy terenowe kursujące wyżej. Przez chwilę staliśmy i próbowaliśmy zorientować się
w terenie.
Miałam wrażenie, jakby ktoś wysadził nas na Księżycu i powiedział: „zwiedzajcie”.

Ostatecznie postanowiliśmy wejść na najbliższy krater. Kiedy znaleźliśmy się na górze, zobaczyliśmy kolejne stożki i kratery. Wszystko wydawało się być na wyciągnięcie ręki. Dopiero później okazało się, jak bardzo mylące są odległości na Etnie.
Po zdobyciu pierwszego krateru byliśmy już trochę zmęczeni, ale jednocześnie chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej. W oddali było widać grupy turystów i autobusy terenowe kursujące
w kierunku Torre del Filosofo. Początkowo wydawało nam się, że dojście tam nie powinno sprawić większego problemu.

Szybko okazało się, że to tylko złudzenie. Podejście prowadziło po luźnym wulkanicznym żwirze i drobnych kamieniach, które przy każdym kroku osuwały się spod nóg. Kilka razy miałam ochotę zawrócić, ale ciekawość zwyciężyła.

Powoli zdobywaliśmy kolejne metry wysokości. Za nami pojawiali się kolejni turyści, którzy również zdecydowali się wejść tą samą drogą. Dopiero później sprawdziliśmy zapis w Garminie. Okazało się, że dotarliśmy na wysokość 2914 metrów nad poziomem morza.

Dopiero wtedy zrozumieliśmy, jak ogromna jest Etna. To, co z dołu wydawało się blisko, nadal znajdowało się daleko od nas. Główny krater, który wcześniej wyglądał na osiągalny, okazał się częścią znacznie większego masywu.
Nieco poniżej nas kończyły się trasy autobusów terenowych. To właśnie tutaj docierały zorganizowane grupy z przewodnikami. W pewnym momencie jeden z przewodników zwrócił nam uwagę, że wyższe partie wulkanu zwiedza się z licencjonowanym przewodnikiem.
Byliśmy trochę zaskoczeni. Bilety na kolejkę kupiliśmy wcześniej przez internet. W opisie atrakcji znajdowały się informacje o możliwości podziwiania kraterów, spacerowania po okolicy oraz wypożyczenia na miejscu butów, kurtek czy kijków trekkingowych dla osób bez odpowiedniego wyposażenia. Nic nie sugerowało jednak, gdzie dokładnie kończy się strefa dostępna dla wszystkich turystów.
Na miejscu również nie pamiętam wyraźnych tablic informujących o takich granicach. Nie mieliśmy zamiaru łamać żadnych zasad. Po prostu szliśmy drogą, którą poruszali się także inni turyści, starając się zobaczyć Etnę z jak najwyższego punktu.

Nie próbowaliśmy już iść dalej. Zatrzymaliśmy się i po prostu podziwialiśmy widoki.
Z jednego z kraterów wydobywała się para, w powietrzu unosił się charakterystyczny zapach siarki, a wokół rozciągały się pola lawy poprzecinane płatami zalegającego jeszcze śniegu. Dopiero wtedy naprawdę czuć było, że znajdujemy się na aktywnym wulkanie.

Schodząc w dół szybko przekonaliśmy się, że zejście jest trudniejsze niż wejście. Drobny pył i kamyki wsypywały się do butów niemal przy każdym kroku. Mimo że miałam buty trekkingowe, co chwilę musiałam się zatrzymywać i je opróżniać.
Patrząc na osoby spacerujące w zwykłych sportowych butach, naprawdę im współczułam

iedy wróciliśmy w okolice kolejki, byliśmy zmęczeni, zakurzeni i bardzo zadowoleni. Początkowo chcieliśmy tylko zobaczyć Etnę z bliska. Ostatecznie znaleźliśmy się na wysokości 2914 metrów nad poziomem morza i dostaliśmy lekcję pokory, pokazującą, jak ogromny i niezwykły jest ten wulkan.
