Narty z dziećmi i szkółka. Jak to u nas wyglądało

Kiedy zaczynaliśmy jeździć z dziećmi na narty, nic nie było od razu poukładane ani zaplanowane. Wszystko wychodziło po kolei i raczej
w praktyce niż w teorii.

Starszy syn na początku korzystał z instruktora. Chodziło o pierwsze oswajanie się z nartami, stokiem i samą jazdą. W tamtym czasie ja również uczyłam się jeździć, więc dużo rzeczy poznawaliśmy równolegle. Później starszy jeździł z nami, a dopiero z czasem pojawiła się szkółka. Przełomem była Limanowa. Zobaczyliśmy szkółkę na stoku, zatrzymaliśmy się, popatrzyliśmy, jak to wygląda. Spodobało nam się podejście do dzieci
oraz sposób prowadzenia zajęć. Dopiero wtedy zaczęliśmy szukać informacji
i zapisaliśmy go na zajęcia. To była szkółka z Krakowa, ale decyzja zapadła na stoku, nie przy komputerze.

Młodszy syn poszedł bardzo podobną drogą. Najpierw były pierwsze kroki
z nami i z instruktorem, bez nastawiania się na efekty. Kiedy doszedł do odpowiedniego wieku i było widać, że daje radę, również trafił do szkółki.

Dla nas ważne było to, że dzieci uczą się od kogoś innego niż rodzice, bo często łatwiej przyjmują wskazówki od instruktora. My byliśmy obok, ale nie staliśmy nad nimi. Dzięki temu na stoku było spokojniej. Z perspektywy czasu widzę, że to było dobre rozwiązanie. Dzieci robiły swoje, a my nie musieliśmy wszystkiego kontrolować.

To jeden z tekstów z serii o naszych wyjazdach narciarskich. Spisane bez udawania doskonałości.

Dodaj komentarz