Narty w pięć osób z psem – jak to ogarnąć

I właśnie od tej chwili spokoju można cofnąć się do początku – do decyzji, które trzeba było podjąć jeszcze przed wyjazdem.

Dlaczego narty w pięć osób z psem to wyzwanie

Dzień bez nart, dyżur przy psie – też jest częścią takiego wyjazdu.

To nie jest wyjazd „jak każdy inny”.
Pięć dorosłych osób, duży pies, jeden samochód i konkretne ograniczenia, które trzeba było wziąć pod uwagę jeszcze zanim zaczęliśmy pakowanie.

Od początku było jasne, że pies jedzie z nami – to była nasza decyzja i nasza odpowiedzialność. W grę wchodziły różne opcje: większy samochód, inny układ bagażu, dodatkowe boksy. Każda miała swoje plusy i minusy, także bardzo praktyczne – kto prowadzi, jak długo, w jakich warunkach.

Ostatecznie trzeba było pogodzić komfort ludzi, bezpieczeństwo psa i realne możliwości logistyczne. I właśnie od tego wszystko się zaczęło.

Samochód i pakowanie: jak to spiąć z psem

Zaczęło się od prostej rzeczy: pies musi mieć swoje miejsce i bezpieczeństwo. To oznacza, że bagażnik przestaje być „magazynem wszystkiego”, a my musimy spakować się mądrze, nie dużo.

Mieliśmy Lexusa RX 450h i box dachowy Thule Motion XXL. Bez boxa ten wyjazd nie miałby prawa się domknąć, ale szybko okazało się, że box to nie jest worek bez dna. Tu też obowiązuje limit wagi – trochę jak w samolocie. Trzeba wiedzieć, co można wrzucić na dach, a co musi zostać w aucie.

Rozważaliśmy większy samochód, ale pojawił się bardzo praktyczny problem: kto to będzie prowadził i czy w ogóle czujemy się pewnie w większym aucie. Była też opcja boxa na hak, ale wtedy w środku robi się po prostu ciaśniej.

Wniosek na przyszłość jest prosty: auto dobiera się nie tylko do liczby osób, ale do realnego komfortu, psa, limitów wagowych i tego, kto prowadzi.

Pakowanie przy psie – co idzie do boxa, a co nie

Spajki waży około 32 kg i od początku wiedzieliśmy, że jeśli jedzie z nami, musi mieć bezpieczne i wygodne miejsce. Podczas jazdy był spokojny, zmieniał pozycję, ale na postojach prostował się, robił siku i bez problemu wskakiwał z powrotem do bagażnika. Było zimno, co akurat mu sprzyja – gorzej znosi upały niż długą drogę.

To nie był jego pierwszy wyjazd. Spajki bardzo lubi podróże z nami – na tyle, że gdy w domu zaczyna się pakowanie, sam ładuje się do bagażnika, jakby chciał powiedzieć: „jadę”. Dlatego od początku wiedzieliśmy, że jego miejsce
i bezpieczeństwo są ważniejsze niż idealnie zapakowane torby.

Trasa do Bellamonte zajęła nam około 12 godzin. Drogi były puste, świąteczne, przejazd spokojny – zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Mieliśmy świadomość, że to scenariusz idealny i że w innych warunkach trzeba liczyć się z dłuższymi postojami czy gorszą pogodą, ale tym razem wszystko przebiegło bezproblemowo.

Najwięcej stresu było przed wyjazdem – przy pakowaniu i próbie zmieszczenia wszystkiego. Do tego dochodziła niepewność świąteczna:
co będzie otwarte, gdzie coś zjeść, czy wszystko da się ogarnąć na miejscu. Jedno było jednak pewne od początku – pies jest bezpieczny, bo to nie pierwszy raz, kiedy jedzie z nami i miejsce dla niego było zaplanowane jako pierwsze.

To nie był wyjazd „na żywioł”. Dużo rzeczy trzeba było przemyśleć wcześniej: pakowanie, miejsce dla psa, logistykę na miejscu, dyżury i realne możliwości każdego z nas. Dzięki temu na miejscu nie było chaosu, tylko plan, który dało się modyfikować bez nerwów.

Najważniejsza lekcja jest prosta: jeśli jedziesz w kilka osób z psem, nie próbuj robić wszystkiego naraz. Podział ról i zgoda na to, że nie wszyscy codziennie jeżdżą na stoku, robią ogromną różnicę. To nie odbiera radości z wyjazdu – wręcz przeciwnie.

Czy zrobilibyśmy coś inaczej? Pewnie kilka drobiazgów byśmy dopracowali, ale fundament był dobry. Pies był bezpieczny, my spokojniejsi, a wyjazd finalnie bardzo udany. I dokładnie o to chodziło.

Dodaj komentarz