Moja pierwsza wyprawa na „Kilimandżaro”. O lęku, siatce i białym śniegu

Zanim zaczęłam pakować walizki i torby na wyjazdy w Dolomity czy planować spokojne spacery po Puszczy Niepołomickiej, moją mapą świata było osiedle.
A najważniejszym punktem na tej mapie była góra.

Nie ta afrykańska. Nasza własna. Osiedlowa. Nazywana dumnie „Kilimandżaro”.

Kilka minut drogi w prawo. Dla dorosłych nic wielkiego, dla dziecka wyprawa. Jej zbocza prowadziły prosto na alejki nad Wisłą. Dla siedmioletniej dziewczynki była ogromna, groźna i fascynująca jednocześnie.

Lekcja odpowiedzialności

Pamiętam ten konkretny dzień. Rodziców nie było w pobliżu, a my z bratem czuliśmy, że to nasz czas.

Usiedliśmy na sankach, on z przodu, ja za nim, trzymając się mocno jego kurtki.
To nie był żaden zakazany skrót, zjeżdżały tamtędy wszystkie dzieci. To była boczna ściana górki, położona obok głównego zjazdu, ta, która kończyła się siatką odgradzającą nas od rzeki.

Pamiętam świst powietrza i to nagłe, lodowate zrozumienie, że nie wyhamujemy.
Uderzyliśmy w siatkę z całym impetem.

Krew z nosa brata na białym śniegu to obraz, który do dziś potrafię przywołać w jednej sekundzie.

Wtedy, jako mała dziewczynka, poczułam coś, czego nie umiałam jeszcze nazwać. Ciężar. Odpowiedzialność. Strach.
Zabrałam go szybko do domu, uciekając bardziej przed własnym przerażeniem niż przed konsekwencjami.

Strach, który zostaje na lata

To wspomnienie wraca do mnie do dziś.

Nawet niedawno, podczas nocnej jazdy na sankach w Obereggen, poczułam ten sam ucisk w żołądku. Choć było świetnie, widok osoby, która uderzyła w barierkę i złamała nogę, tylko mnie w tym utwierdził.

Sanki to nie jest „tylko niewinna zabawa”.
To sport. A sport wymaga respektu.

Może dlatego do dziś zawsze najpierw patrzę, gdzie kończy się stok. Gdzie jest barierka. Co jest dalej.
Może dlatego ostrożność przyszła u mnie szybciej niż u innych.

Dlaczego o tym piszę?

Mój blog nazywa się „Spokojnie, to tylko wyprawa”, bo uczę się, że każda przygoda, ta dziecięca i ta dorosła ma swoją cenę i swoje lekcje.

Bo czasem, żeby ruszyć dalej, trzeba wrócić myślami na tamtą górkę nad Wisłą. I jeszcze raz spojrzeć na tę siatkę, już bez strachu, ale z uważnością.

P.S. To wspomnienie z osiedlowego Kilimandżaro było na tyle silne, że postanowiłam dać mu drugie życie. Trafiło do mojej interaktywnej książki
o Lenie i Kubie, nad którą właśnie kończę pracować. To będzie przygodowa opowieść w klimacie złotych lat osiedli z wielkiej płyty. Dla każdego, kto ma od 7 do 107 lat. Niedługo zdradzę Wam o niej coś więcej!

Dodaj komentarz