Dziś miała być radość.
Książka o Leni i Kubie jest już prawie gotowa. Rozdziały poukładane. Tytuły wybrane. Okładka przemyślana. To już nie był pomysł. To był prawie dom.
A potem otworzyłam plik.
I zobaczyłam starszą wersję.
Dwa dni pracy zniknęły, bo zapisywałam zmiany lokalnie, a nie w tej wersji pliku, którą później otworzyłam. Kilka kliknięć. Jedno niedopatrzenie. Brak kopii zapasowej.
Poprawione dialogi. Dopisane sceny. Uporządkowany spis treści. Drobne, ale ważne rzeczy, które robi się w ciszy, kiedy nikt nie widzi. Te dwa dni nie były spektakularne. To była rzemieślnicza robota. Szlifowanie. Przesuwanie przecinków. Wyrównywanie rytmu zdań.
Pierwsza myśl? Złość. Druga? Bezsilność.
To nie jest dramat. To jest koszt pracy.
Straciłam dwa dni. Nie historię. Bohaterowie zostali. To, co chcę powiedzieć, nie zniknęło z głowy. Tego nie da się skasować jednym kliknięciem.
Robię to jeszcze raz. I tyle.