Nie każdy wyjazd dochodzi do skutku. I nie zawsze da się to przewidzieć wcześniej. Były takie momenty, kiedy byliśmy już spakowani albo prawie
w drodze, a mimo to trzeba było zawrócić albo zrezygnować.
Raz prawie dojechaliśmy do granicy. Samochód zaczął zachowywać się nie tak, jak powinien. Co prawda był sprawdzany u mechanika przed wyjazdem, więc teoretycznie wszystko miało być w porządku, ale w trasie pojawiły się wątpliwości. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy jechać dalej. Może sami byśmy zaryzykowali, ale byliśmy z małymi dziećmi. Do tego mąż źle się poczuł
w drodze. W którymś momencie stało się jasne, że to nie jest dobry pomysł. Zawróciliśmy.
Innym razem wszystko było gotowe, a okazało się, że jedno z dzieci ma nieważny paszport. Teoretycznie „dałoby się przejechać”, bo na granicach nie ma kontroli paszportowej. Ale gdyby coś się wydarzyło, nie byłoby ubezpieczenia i nie byłoby spokoju. Tego samego dnia mąż zaczął się rozkładać zdrowotnie. To był kolejny sygnał, że ten wyjazd po prostu ma się nie wydarzyć.
Był też wyjazd, z którego musieliśmy zrezygnować wcześniej. Bilety były już kupione, plan gotowy, ale praca męża nie pozwoliła na wyjazd. To wtedy byłam najbardziej sfrustrowana, bo bardzo nam zależało. Z perspektywy czasu myślę jednak, że może to też były sygnały, żeby nie jechać. Gdybyśmy pojechali na siłę, mogło wydarzyć się coś innego.
Dziś patrzę na to spokojniej.
Nie każdy plan musi zostać zrealizowany.
Nie każdy wyjazd musi dojść do skutku.
Czasem rozsądek wygrywa z planem. Czasem zdrowie. Czasem zwyczajnie moment nie jest dobry.
To jeden z tekstów z serii o naszych wyjazdach narciarskich. Spisane bez udawania doskonałości.