
Po kontuzji narciarskiej pojechaliśmy z dwójką dzieci na zaplanowane ferie do Cavalese. Wyjazd był ustalony wcześniej i zdecydowaliśmy się pojechać zgodnie z planem.
Młodszy syn był jeszcze mały i to z nim spędzałam większość czasu. Sama wtedy nie jeździłam. Minęły dopiero trzy tygodnie od kontuzji i to było za krótko, żeby wracać na narty. Skupiliśmy się na tym, żeby młodszy spokojnie oswajał się z nartami i robił pierwsze próby, powolutku i bez zmuszania go na siłę.

Starszy syn miał wtedy siedem lat i był już na etapie, że normalnie jeździł na nartach. Jeździł z tatą i naszymi znajomymi. W jednym z dni pojechali na Marmoladę. Zjechał i zrobił całą Sellarondę.
Na stoku byłam z nimi tylko kilka razy. Raz w Predazzo i dwa razy w Alpe Lusia. Przez resztę czasu dużo spacerowałam po Cavalese, oglądałam miasteczko i byłam częścią wyjazdu, choć niekoniecznie na nartach.
Gdybym wtedy jeździła, pewnie wymienialibyśmy się z mężem opieką nad młodszym na stoku, tak jak robili to nasi znajomi, którzy też byli z małymi
i trochę starszymi dziećmi. U nas w tamtym momencie wyglądało to inaczej.
Ten wyjazd nie był dla mnie typowo narciarski, ale był ważny. Dla dzieci, dla nas jako rodziny i dla mnie samej. Pokazał mi, że nie wszystko musi dziać się naraz i że bycie obok też jest w porządku.
To jeden z tekstów z serii o naszych wyjazdach narciarskich. Spisane bez udawania doskonałości.