Bellamonte zimą – nasz wyjazd narciarski w praktyce

Bellamonte to miejsce, do którego pojechaliśmy na zimowy wyjazd narciarski.
Był to wyjazd rodzinny, z psem, dlatego codzienna organizacja musiała być rozłożona na dyżury i różne tempo dnia. Nie wszyscy byli na stoku w tym samym czasie, co w praktyce miało duże znaczenie.

W tym wpisie zapisuję, jak ten wyjazd wyglądał w praktyce: organizacja, narty, codzienność i rzeczy, które okazały się ważniejsze niż liczba przejechanych tras.

Termin świąteczny i realia organizacyjne

Wyjazd odbył się w terminie od 25 grudnia do 3 stycznia, czyli w samym środku świąt i okresu noworocznego. To ważna informacja, bo ten czas we Włoszech rządzi się swoimi prawami. Część sklepów i restauracji była zamknięta, inne działały w ograniczonych godzinach, dlatego codzienną organizację trzeba było planować z wyprzedzeniem.

Dodatkowym ograniczeniem był transport. Samochód był mocno załadowany, a cały bagażnik zajmował pies. Spajki miał swoją przestrzeń, więc nie było realnej możliwości zabrania większej ilości jedzenia z Polski. W praktyce oznaczało to konieczność radzenia sobie na miejscu, mimo świątecznych zamknięć i ograniczonej dostępności sklepów.

Dla porównania – na wcześniejszym świątecznym wyjeździe mieliśmy ze sobą pełny zestaw potraw wigilijnych, ale wtedy byliśmy w cztery osoby i nie było jeszcze psa. Tutaj taka organizacja po prostu nie była możliwa.

Gdzie jeździliśmy na nartach

Podczas wyjazdu nie ograniczaliśmy się do jednego ośrodka. Mieszkaliśmy
w Bellamonte, ale w zależności od dnia, pogody i organizacji dnia jeździliśmy w kilku różnych miejscach.

Podstawą była Alpe Lusia, która jest połączona z Moeną i tworzy jeden rozległy teren narciarski. Na stoki można wjechać zarówno od strony Bellamonte, jak i od strony Moeny, co w praktyce daje dużą elastyczność
w wyborze punktu startowego i tras. Jest to na tyle duży obszar, że bez problemu można spędzić tam cały dzień, nie wracając wciąż w te same miejsca. Strona od Bellamonte jest łagodniejsza, szeroka i dobrze nasłoneczniona, dlatego świetnie sprawdza się dla rodzin i osób jeżdżących spokojniej. Od strony Moeny trasy są bardziej wymagające i dają poczucie jazdy w wysokich górach. To teren, na którym bez problemu można spędzić cały dzień, wybierając trasy w zależności od pogody i formy.

Tam, gdzie znaki mówią „w lewo albo w prawo”, a widoki robią swoje. Alpe Lusia w pełnej krasie.

San Pellegrino to dobry kierunek na dzień, kiedy chce się zmienić otoczenie
i pojeździć w bardziej otwartym, wysokogórskim terenie. Trasy są tu dłuższe
i mają bardziej sportowy charakter niż w Alpe Lusia, a jazda daje wyraźne poczucie przestrzeni. Choć San Pellegrino funkcjonuje na wspólnym karnecie z Alpe Lusia, ośrodki nie są połączone trasami – przejazd wymaga dojazdu samochodem. W praktyce najlepiej zaplanować tu osobny dzień jazdy, zwłaszcza przy dobrej pogodzie i chęci pojeżdżenia na bardziej wymagających trasach.

San Pellegrino – zjazd w stronę chmur i Dolomity w tle.

Alpe Lusia – San Pellegrino – mapa tras (oficjalne materiały ośrodka).

Alpe Lusia może funkcjonować również w szerszym układzie karnetowym – razem z Obereggen, Pampeago i Predazzo, czyli w obrębie masywu Latemar, a także z ośrodkiem Alpe Cermis nad Cavalese oraz Passo Rolle.
W takim wariancie wybiera się jeden obszar i korzysta z tras całego regionu. Obereggen, Pampeago i Predazzo są ze sobą połączone trasami i wyciągami, dlatego naturalnie traktuje się je jako jeden teren narciarski..

Na trasach ośrodka Obereggen – Pampeago – Predazzo / Latemar

Cavalese – Alpe Cermis. Jazda z widokiem na dolinę Val di Fiemme.

Val di Fiemme – Obereggen. Mapa tras i wyciągów (źródło: oficjalna strona ośrodka).

Latemar (Obereggen – Pampeago – Predazzo) to jeden spójny teren narciarski, połączony trasami i wyciągami, który dobrze sprawdza się jako alternatywa na inny dzień jazdy.

Alternatywą jest karnet Dolomiti Superski, który daje dostęp do bardzo dużego obszaru narciarskiego. W praktyce oznacza to konieczność decyzji: albo wybiera się konkretny region i jeździ w jego obrębie, albo kupuje się Dolomiti Superski na wybrane dni i wtedy planuje narty w zupełnie innym rejonie.

Dzięki temu mogliśmy dopasowywać miejsce jazdy do pogody, formy
i nastroju, bez trzymania się jednego ośrodka przez cały wyjazd.

Karnety i podział dni na stoku w praktyce

Przy wyjeździe w większym składzie i z psem nie było możliwości kupienia jednego wariantu karnetu dla wszystkich i jeżdżenia w tym samym rytmie. Plan musiał uwzględniać dyżury, różną liczbę dni na stoku oraz to, że
w trakcie wyjazdu sytuacja się zmieniała.

Pierwszego dnia mąż został na dyżurze, żeby odpocząć po podróży, a ja pojechałam na narty. Został wtedy kupiony karnet jednodniowy. Przy jego zakupie doszło jednak do nieporozumienia. Karnet był kupowany przez męża
i mimo okazania mojego dokumentu, przy sprzedaży wydano karnet męski.

Problem wyszedł dopiero przy bramkach. Przy pierwszym przejściu udało się wejść, natomiast przy kolejnej próbie system nie wpuścił ponownie, ponieważ nie minął wymagany odstęp czasu. Dopiero wtedy sytuacja została sprawdzona przez obsługę. Wyjaśniliśmy, w jaki sposób doszło do zakupu karnetu, a pracownik zweryfikował zapis z pierwszego wejścia. Przy przejściu przez bramki wykonywane są zdjęcia, żeby zapobiegać zamienianiu się karnetami. Po tej weryfikacji sytuacja została wyjaśniona i możliwy był wjazd na stok.

Drugiego dnia ja i mąż mieliśmy dyżur, a młodszy syn jeździł na karnet jednodniowy junior. Syn z dziewczyną, którzy zawsze jeżdżą razem, mieli od początku karnety kilkudniowe, obejmujące kilka dni jazdy w regionie Alpe Lusia – Predazzo – Cavalese oraz dodatkowe dni w ramach Dolomiti Superski.

Trzeciego dnia ja zostałam na dyżurze z psem i zamiast nart wybraliśmy całodzienną pieszą wycieczkę w górach. W tym czasie mąż zdecydował się na karnet w układzie trzy dni regionalne i trzy dni Dolomiti Superski, dopasowany do dalszego planu wyjazdu.

Czwartego i piątego dnia dyżur przejął młodszy syn, a ja jeździłam na wcześniej wykupionym karnetcie pięciodniowym z podziałem na dni regionalne i dni Dolomiti Superski. Syn z dziewczyną wykorzystali w tym czasie kolejne dni swoich karnetów, a dyżury z psem zostały tak rozłożone, żeby każdy mógł pojeździć na nartach, ale bez narzucania jednego schematu wszystkim.

Na końcu osoby, które miały najwięcej dni jazdy, wykorzystały ostatnie dni karnetu, a opieka nad psem naturalnie przechodziła między nami w zależności od dnia i planów.

To była dobra lekcja, żeby przy zakupie karnetu zawsze dokładnie sprawdzić dane, nawet wtedy, gdy kupuje go inna osoba.

Organizacja dnia poza stokiem

Obecność psa miała realny wpływ na to, jak wyglądał każdy dzień wyjazdu. Dyżury były wpisane w plan od początku i dotyczyły nie tylko nart, ale też zwykłego, codziennego funkcjonowania. Dzięki temu nikt nie miał poczucia, że „traci dzień”, nawet jeśli akurat nie był na stoku.

W dni dyżurowe czas poza nartami wykorzystywaliśmy na spokojne spacery, odpoczynek albo dłuższe wyjścia w góry. Jednego dnia byłam na swoim dyżurze z psem i wybrałam całodzienną pieszą wycieczkę w górach, co okazało się dobrą alternatywą i miłą odmianą w środku wyjazdu.

Taki podział dnia sprawił, że wyjazd nie kręcił się wyłącznie wokół nart. Był czas na regenerację, normalne posiłki i zwykłe bycie razem, bez poczucia, że każda godzina musi być maksymalnie wykorzystana na stoku.

Dla kogo taki model wyjazdu ma sens

Taki sposób organizacji sprawdzi się przede wszystkim wtedy, gdy:

  • jedzie się w większym, dorosłym składzie,
  • każdy ma inne potrzeby i inną liczbę dni jazdy,
  • na wyjeździe jest pies lub małe dziecko które nie jeździ na nartach i trzeba się nim opiekować,
  • nie wszystkim zależy na codziennym jeżdżeniu od rana do zamknięcia stoków.

To nie jest model dla osób, które chcą codziennie jeździć wszyscy razem
i mieć identyczny plan dnia. U nas kluczowe było dopasowanie się do realiów,
a nie próba narzucenia jednego schematu całej grupie.

Dzięki temu wyjazd był do ogarnięcia logistycznie i nie zamienił się w ciągłe ustalanie, kto gdzie i kiedy musi być. Każdy miał swój czas na narty,
a jednocześnie nikt nie był „na doczepkę”.

Wieczorne spacery i miasteczka

Po dniu na stoku często wybieraliśmy się na krótkie, wieczorne wyjścia do okolicznych miasteczek. Na takie spacery trzeba było dojechać samochodem, bo nocleg mieliśmy w Bellamonte. Odwiedziliśmy między innymi Predazzo, Cavalese i Moenę, które w okresie świątecznym były ładnie oświetlone i miały bardzo przyjemny, zimowy klimat.

Takie wyjścia były dobrą odmianą po całym dniu aktywności. Bez planu zwiedzania, raczej po to, żeby zjeść kolację i pochodzić po miasteczku, zobaczyć je po zmroku i spędzić czas poza stokiem. Przy świątecznych światłach te miejsca wyglądały naprawdę bardzo dobrze.

Moena

Predazzo

Ostatnia noc i drobne rzeczy,
o których warto pamiętać

Ostatnia noc wyjazdu była dla nas sporym zaskoczeniem. W nocy zabrakło prądu, a wraz z nim ogrzewania i ciepłej wody. Przy zimowym wyjeździe
i górskich temperaturach było to wyraźnie odczuwalne, szczególnie że następnego dnia czekała nas droga powrotna.

Na szczęście była to tylko jedna noc, ale to doświadczenie pokazało, że nawet przy dobrze zaplanowanym wyjeździe mogą zdarzyć się sytuacje, na które nie mamy wpływu. W takich momentach warto mieć ze sobą drobiazgi, które ułatwiają funkcjonowanie. Na wyjazdy dobrze zabrać małą latarkę i kilka świeczek. U nas problem dotyczył także ogrzewania, więc świeczki nie rozwiązałyby wszystkiego, ale przy innych wyjazdach – zwłaszcza letnich – brak prądu nie musi oznaczać dużego problemu. Czasem to właśnie takie proste rzeczy ratują wieczór.

To drobiazg, o którym łatwo zapomnieć, a który daje poczucie, że nawet przy niespodziankach da się sytuację spokojnie opanować.

Podczas wyjazdu korzystaliśmy z kilku obszarów narciarskich: Alpe Lusia (Bellamonte – Moena), San Pellegrino oraz regionu Val di Fiemme – Obereggen, obejmującego m.in. Latemar (Obereggen – Pampeago – Predazzo) oraz Alpe Cermis w Cavalese. W wybrane dni korzystaliśmy także
z karnetu Dolomiti Superski. W jego ramach jeździliśmy w San Pellegrino. Planowany wyjazd do Cortiny d’Ampezzo został odłożony z powodu silnych mrozów. Każdy z tych terenów miał inny charakter i skalę, co pozwalało elastycznie dopasować miejsce jazdy do pogody, planu dnia i składu narciarskiego.

Przy większym składzie i psie najważniejsze okazały się nie same trasy, ale organizacja i elastyczność. Podział dni, różne warianty karnetów i zmiany planów na bieżąco sprawiły, że wyjazd dało się sensownie pogodzić
z codziennością, a nie podporządkować wszystkiego jednej aktywności.

To nie był wyjazd „idealny” ani przewidywalny w każdym detalu, ale był prawdziwy i dopasowany do naszych możliwości w danym momencie.
I właśnie dlatego dobrze się sprawdził.

Jeśli ktoś szuka bardziej ogólnych informacji o wyjazdach narciarskich
z psem, opisałam to szerzej w osobnym wpisie: Narty w pięć osób z psem – jak to ogarnąć.

Wyjazd narciarski do Bellamonte w pięć osób z psem wymaga dobrej organizacji, elastycznych karnetów i rozsądnego podziału dni na stoku.
W tym wpisie pokazujemy, jak w praktyce połączyć różne ośrodki narciarskie w Dolomitach, dojazdy samochodem i dyżury przy psie bez chaosu i nerwów. To realny przykład rodzinnego wyjazdu zimowego w terminie świątecznym.

Dodaj komentarz